top of page

Nowa Zelandia- gravel. Luty/marzec 2026. Relacja Maćka Proficza z wyjazdu MJPro Tour.

  • 11 cze
  • 19 minut(y) czytania



Premierowy wyjazd gravelowy do Nowej Zelandii już za nami!


Był to kierunek, który siedział w mojej głowie już od wielu lat i do którego przymierzałem się przez naprawdę długi czas, ale wreszcie, po wielu miesiącach przygotowań i wnikliwego studiowania wszystkich możliwych źródeł, udało mi się zaplanować całość krok po kroku, zebrać grupę i przy pomocy Grześka Ignatowicza zrealizować wyjazd na drugim końcu świata.



Nowa Zelandia nie jest łatwym tematem z punktu widzenia planowania kolarskich tras. Kraj rozciągnięty jest na długości ponad 1600 km między północnym a południowym krańcem, a każdy region administracyjny oferuje coś ciekawego, coś całkowicie innego, wartego zobaczenia, a  przede wszystkim przejechania na rowerze. Dystanse pomiędzy poszczególnymi szlakami i atrakcjami (głównie naturalnymi) są ogromne- coś trzeba wybrać, z czegoś zrezygnować, coś innego zmodyfikować względem proponowanych przez oficjalne strony i stowarzyszenia tras, żeby ułożyć to w jedną, logiczną całość. I choć na całym wyjeździe, w nieco ponad 2 tygodnie wykręciliśmy 1963 km i przejechaliśmy w górę 24632 m, to wystarczyło to na objechanie „zaledwie” połowy południowej wyspy. To chyba dobitnie świadczy o tym, jak niesamowicie rozległy jest ten kraj i jak wiele wspaniałych miejsc w sobie kryje.



Nowa Zelandia to kraj ogromnych widokowych kontrastów- niemal dzień w dzień mamy do czynienia ze zmianą krajobrazu.

Całą gravelową eskapadę zaczynamy od surowych, wysokogórskich krajobrazów w okolicach Mount Hutt oraz polodowcowych dolin rzek Rakaia i Rangitata, koło których pierwszymi, rozległymi i ciągnącymi się aż po horyzont szutrami dojeżdżamy do Mt. Sunday- pięknego, malowniczego mutony utworzonego tu przed milionami lat przez przesuwający się lodowiec. Znacie tę formację skalną bardzo dobrze. To wzgórze, na którym, umiejscowiono filmowe Edoras z Władcy Pierścieni- stolicę Rohanu, królestwa koni i jeźdźców. Dostanie się do tego miejsca rowerem nie jest łatwe, ale kiedy dojeżdżamy w końcu do stóp tej pięknej formacji skalnej, otoczonej wartkim strumieniem wychodzącej prosto z lodowca rzeki, patrząc na jej majestat i niesamowite tło w postaci ośnieżonych szczytów Alp Południowych, momentalnie łapiemy ciarki na plecach.

Ten dzień kończymy też przy solidnym załamaniu pogody, które co prawda było zapowiadane na popołudniowe godziny, ale nie zraziło nikogo z grupy w pokonaniu pełnej wersji trasy w tym dniu. Ostatnie 50 km kończymy w totalnej ulewie i temperaturze ok 3 st. Celsjusza; pobliskie góry, niewiele przekraczająca 2000 m n.p.m. w tym Mount Hutt, przy którym śpimy, pokrywają się śniegiem... :) Uprzedzając- nie jest to typowa pogoda dla nowozelandzkiego lata- później, w dalszej części wyjazdu dowiadujemy się, że trafiliśmy tego roku na najzimniejsze i najbardziej kapryśne lato od kilkunastu sezonów. Na szczęście jednak na tym dniu i początku kolejnego, kończą się tak ekstremalne doznania temperaturowe.


Mount Hutt, przy którym rozpoczęliśmy wyjazd, spotyka się od południa z rozległymi, płaskimi terenami rolniczymi regionu Canterbury, które kolejnego dnia z rana przemierzamy w kierunku zachodnim, wciąż w niskiej temperaturze i straszącym deszczu, ale bez takich przygód jak wczoraj. I choć plan zakładał szybkie przelecenie tych ok 70 km do Geraldine, to silny wiatr w twarz skutecznie weryfikuje nasze plany. Na szczęście chwilę po minięciu Geraldine, tu gdzie krajobraz z płaskiego, płynnie przechodzi w zielone jak na sterydach, "szkockie" pagórki prowadzące aż do Fairlie, na granicy z regionem Otago, wiatr nieco cichnie, słońce coraz śmielej wychodzi zza chmur, temperatura rośnie, a my kręcąc na zachód, napawamy zmysły niemal całkowitą ciszą, gdzieniegdzie przerywaną przez dźwięki owczych dzwonków, spokojem i pięknymi zapachami nowozelandzkiej wsi. To także jedna z pierwszych tak znaczących zmian w krajobrazie, jakiej doświadczamy na tym wyjeździe, a będzie ich jeszcze przynajmniej kilka.



Trzeci dzień to już wjazd w (a w zasadzie pod) konkretne góry. Wysokości, na które tu wjeżdżamy może nie są szczególnie imponujące (dzisiejszy najwyższy punkt to 780 m n.p.m.), ale te, które będą nas otaczać przez najbliższe kilka dni, robią duże wrażenie- większość szczytów wznosi się tu na wysokość powyżej 2000 m n.p.m., a przed nami jeszcze wjazd w teren zdominowany przez trzytysięczniki.

Dojazd do Mackenzie Pass, pokonujemy w krajobrazie podobnym do tego z końcówki poprzedniego dnia- cały wyjazd od Fairlie to niekończąca się zieleń, niezliczona ilość owiec i malowniczo wijące się przez to wszystko, szybkie szutry, gdzieniegdzie przerwane na chwilę nawierzchnią bitumiczną. Sielsko, spokojnie, wyjątkowo przyjemnie dla oka i umysłu. Wysokość zdobywamy stopniowo, a z każdym metrem, zieleń coraz bardziej odpuszcza na rzecz żółci i brązów. Słońce opala jak opętane (wszak jesteśmy tu na skraju dziury ozonowej), ale temperatura do jazdy jest idealna, około 18-20 stopni. Doceniamy to bardzo, bo o ile dolne kilometry podjazdu to łagodna wspinaczka, to jej końcowe dwa kilometry nie schodzą nachyleniem poniżej 10%. Dorzucając do tego dość luźny szuter, robi się z tego całkiem wymagający podjazd. Gdyby grzało bardziej, to odczuwałoby się te procenty o wiele mocniej. Sama przełęcz- dosłownie pośrodku niczego- cywilizacji nie widać nigdzie, aż po horyzont. Z przełęczy Mackenzie nie ma długiego zjazdu na zachód, tak jak zazwyczaj bywa to w górach po pokonaniu długiego podjazdu. Po zaledwie kilku kilometrach niezbyt stromej drogi w dół, teren wypłaszcza się niemal całkowicie, ale my zostajemy wciąż na znacznym wyniesieniu, około 500 m n.p.m. Naszym oczom ukazuje się nowozelandzka preria i rozległe stepy, które otwierają się tu niemal tak szeroko, jak oko tylko jest w stanie sięgnąć, a bezpośrednio z nich, na północy wyrasta najwyższy szczyt Nowej Zelandii- Góra Cooka, której podnóże przepięknie zdobią dwa cudowne, turkusowe jeziora: Tekapo i Pukaki. To prawdziwe arcydzieła natury. Połączone są długim kanałem Tekapo- Pukaki, wzdłuż którego pojedziemy niemal idealnie płaską drogą, raz szutrem, raz asfaltem przez kolejne 30 km, bez żadnych samochodów (na drogę można wjechać tylko rowerem), z nieustającym widokiem na południową ścianę Alp Południowych, które w tej części wyspy oddzielają ląd od otwartego aż do Australii Oceanu i Morza Tasmana. Góra Cooka coraz odważniej zaczyna wyłaniać się zza tutejszych wzgórz, a po zjeździe do tafli Jeziora Pukaki odsłoni się nam w pełnej krasie. Ostatnie kilkanaście kilometrów do Twizel, w którym spędzimy dwie noce, jedziemy ponad godzinę- potrzeba robienia zdjęć jest nieodparta, a "co gorsza"- z majestatycznym kształtem Góry Cooka zdobiącym całe tło, spędzimy jeszcze kolejne dwa dni- płynna jazda zdecydowanie będzie utrudniona!



Kolejny dzień to kwintesencja Nowej Zelandii. Potężne góry, w tym dach całego kraju, objazd całego jeziora Pukaki dookoła i pierwsza część jednego z najbardziej ikonicznych szlaków rowerowych całych Antypodów. Zaczynamy wyjazdem z Twizel na północ i jadąc niemal cały czas asfaltem, jedziemy cały czas zachodnim brzegiem Jeziora Pukaki. Ale to nie jest zwykła jazda. To ista feeria barw i widoków, przy której ciężko skupić uwagę na drodze. Jezioro zdaje się nie kończyć- jego długość to ponad 50 km! Niesieni zachwytem nad tutejszą scenerią dojeżdżamy w końcu do samych stóp Góry Cooka. Jej monumentalna, południowa ściana, potężne, skalne 3000 metrów, pokryte w górnej części sniegiem, wyrastające tu z wysokości 700 m n.p.m. robi piorunujące wrażenie. Tu zlokalizowane jest niewielkie lotnisko Mount Cook Airport, z którego helikopterem przenosimy się na drugi brzeg ogromnej, polodowcowej rzeki Tasmana! Rzeka, jak przystało na ciek pochodzenia lodowcowego, jest na tyle szeroka i rozczłonkowana, że jakiekolwiek wytyczenie tu drogi na jej drugi brzeg jest niemożliwe. Helikopter to jedyna opcja przedostania się na wschód :)




Już sam lot, choć trwa tylko kilka minut, jest atrakcją samą w sobie, ale w takiej scenerii to naprawdę nie lada gratka. Wzbijamy się wysoko do góry, a pilot pokazuje nam rozczłonkowany bieg rzeki i jej rwące strumienie, opisuje grań Alp Południowych, którą z tej perspektywy mamy całą na wyciągnięcie ręki, pokazuje biegające po skałach kozice, a na końcu, robiąc długie koło siada maszyną przy naszych rowerach, które przetransportowane tu wcześniejszym kursem, czekają samotnie na oddalonej o długie kilometry od jakiejkolwiek cywilizacji polanie. Helikopter odlatuje, a my zostajemy sami w całkowitej ciszy. Czas wsiąść znowu na rower. Właśnie miejsca startuje słynny szlak Alps2Ocean, którym pojedziemy teraz na południe wschodnim wybrzeżem Pukaki, tym razem już cały czas po szutrze. Jego nitką pojedziemy przez kolejne dwa dni. Jeszcze dzisiaj, będąc już po wschodniej stronie wielkiego, turkusowego jeziora, nasze koła pokręcą po singlach tak fantastycznych i tak widokowych, że rozpisywanie się na ich temat nie ma większego sensu. To trzeba po prostu zobaczyć i przejechać. Niech małym przedsmakiem będzie ten film:




Po dwóch dniach opuszczamy Twizel i po ostatnim rzucie oka na Górę Cooka kierujemy się dalej na południe. Od razu "wpinamy się" w centralną część szlaku Alps2OCean, ale zanim wjedziemy w całkowitą dzicz, po drodze jedno z kolejnych istotnych miejsc dla kina: widok na filmowe, "LOTRowe" pola Pelennoru, gdzie rozegrała się finałowa bitwa o Gondor. Kawałek za Twizel jesteśmy znowu w dziczy- fenomenalne, szutrowe single, kręte, techniczne, ale o świetnej nawierzchni wiodą nas przez południowy brzeg nieco mniej znanego od Tekapo czy Pukaki, ale niemniej pięknego jeziora Ohau. Tu, robiąc zdjęcia uczestnikom wyjazdu z punktu widokowego na fantastyczną drogę i taflę jeziora z ośnieżonymi Alpami w tle, spotykam małżeństwo Japończyków i to ostatni ludzie jakich zobaczę przez kolejne kilkadziesiąt kilometrów, nie licząc uczestników naszej grupy.



Odcinek od jeziora Ohau do niewielkiej miejscowości Omarama, to singlowy trawers zbocza Alp, który okazuje się niemałym wyzwaniem- cała jego górna część została niedawno zdegradowana przez osuwisko i prawdopodobnie lawinę, która zeszła tędy w zimie. Szlak jest naprawiony, singiel widoczny, ale technicznie jest to kilkanaście kilometrów prawdziwego dłubania kierownicą w terenie, pomiędzy świeżo naniesionymi przez żywioł kamieniami, co przypomina miejscami odcinek XCO. Przygoda, przygoda... :)

Omarama to tylko chwilowy powrót do jakiejkolwiek cywilizacji- wypijamy tu kawę i zjadamy szybki obiad, Grzesiek podjeżdża busem z bagażami i wodą. Miasteczko stanowi umowną granicę, od której zaczyna się tzw. środkowa część szlaku Alps2Ocean, która od teraz znowu poprowadzi nas w dzikie ostępy, kolejnym zjawiskowym singlem zawieszonym na skalnych ścianach, bezpośrednio nad rzeką Waitaki i utworzonym w jej biegu jeziorem Benmore. Wijący się to w lewo to w prawo wąziutki szuter, raz wznosi się, raz opada, oferując wrażenia jak z najlepszego rollercoastera. Z tą różnicą, że ten rollercoaster to prawdziwa oda do nowozelandzkiej natury i jej nieopisanego piękna.



Jazda tym szlakiem daje tyle frajdy, przyprawia o tyle opadów szczęki, że nawet nie wiemy kiedy zmieniamy całkowicie scenerię- z surowych, ciemnych skał i wysokogórskiego krajobrazu, będąc cały czas przy tej samej rzece, przenosimy się nagle w tereny bardziej rolnicze, zielone, gdzie w szerokiej rzecznej dolinie rozlokowane są rozległe winnice, gdzie uprawiane jest doskonałe Savignon Blanc. Kurow- maleńkie miasteczko, o układzie i zabudowie przypominającej amerykańskie westerny (choć to Antypody) i o populacji nieprzekraczającej 400 osób, to w tej okolicy prawdziwa metropolia :) Da się tu dobrze zjeść, jest spory sklep, mamy też super warunki do spania. Aż szkoda, że dzień później trzeba jechać stąd dalej....




Ale kolejny dzień niesie ze sobą następną porcję fantastycznych wrażeń. Początkowe kilometry pokonujemy jeszcze wzdłuż winnic, w jako-takiej cywilizacji (znajdujemy nawet fantastyczną cukiernio-kawiarnię The Flying Pig), pokonując po drodze kilka rzecznych brodów, a potem znowu w góry. Wieje niesamowicie mocno, ale na szczęście póki co z północy, więc w plecy. Ale co będzie jak zaczniemy kręcić przez góry? Bo czas na kolejną przełęcz na wyjeździe- długą, nieregularną, ale jakże widokową Danseys Pass. Dzięki szaleńczemu wiatrowi widoczność jest dzisiaj nieprawdopodobna i z najwyższego punktu drogi dostrzegamy oddalony o kilkadziesiąt kilometrów na południe Pacyfik. Do niego dojedziemy już jutro, ale dziś czeka nas jeszcze walka z górami, wiatrem i niekończącym się szutrem. O ile na zjeździe z Danseys wiatr tak bardzo nie przeszkadza, bo jedziemy przez głęboką dolinę, która nas przed nim osłania, o tyle zaraz po wjechaniu na otwartą przestrzeń i po skręcie lekko na północ w kierunku Naseby, niemal stajemy w miejscu. Coś co miało być lekkim dojazdem po niewielkich wzniesieniach na zasłużoną przerwę, okazuje się walką z takim wiatrem, jakbyśmy wjechali w ścianę. A do miasteczka dojechać trzeba, bo jest to (a jakże) znowu jedyna cywilizacja w promieniu kilkudziesięciu kilometrów. Nowa Zelandia uczy wykorzystywania każdej możliwej okazji do zjedzenia lub napicia się czegoś w knajpie- jeśli z niej nie skorzystamy, następna przydarza się najczęściej dopiero za kilka godzin. W Naseby, urokliwym i odosobnionym, podziwiamy olbrzymie sekwoje nasadzone tu wokół glównego parku miasteczka. Kilkunastometrowy obwód pni tych gigantów, robi niesamowite wrażenie! Z Naseby odbijamy znów na południe i liczymy na to, że wiatr nadal będzie wiał w tym samym kierunku. Tak też się staje, wiec dojazd do kolejnego noclegu, w zabytkowej farmie pośrodku nowozelandzkiej prerii, pokonujemy niemal za darmo, a KOMy na Stravie wpadają same ;)



Jesteśmy w Otago. A skoro Otago, to i dawna Otago Rail Trail, czyli trasa rowerowa wytyczona po pozostałościach dawnej, zabytkowej linii kolejowej Otago Central Railway, nieczynnej od lat 80 XX wieku. A jeśli jedziemy po linii kolejowej, to oznacza to, że czekają nas łagodne gradienty na podjazdach i zjazdach, prawda? Do pewnego momentu tak. W Middlemarch, miejscu gdzie dawna linia kończy swój bieg, wjeżdżamy w tereny filmowego Rohanu- charakterystyczne skalne ostańce rozsiane po rozległych wzgórzach i pagórkach w ogromnej ilości, a teren, choć ani na mapie taki się nie wydaje, ani nie spodziewamy się tego patrząc na niego jadąc przez jego środek, wielokrotnie gwałtownie wznosi się lub opada. Dostajemy tu kilkukrotnie nachyleniem o dwucyfrowym procentażu, a odczuwalne jest to tym bardziej, że jest dziś naprawdę gorąco. Oczywiście od samego opuszczenia Middlemarch nie spotykamy żywej duszy przez kolejnych kilka godzin- za to owiec, całe stada.



Część trasy prowadzi wzdłuż widokowej linii kolejowej poprowadzonej wąwozem rzeki Taieri, którą raz dziennie kursuje pociąg do Dunedin. Ruch drogowy jest tu tak duży, że jeśli droga z koleją przecina jakiś głębszy ciek wodny, nie ma sensu budowania dla nich osobnych mostów- rowerem lub autem wjeżdżamy na tory i przeprawiamy się na drugą stronę- ryzyko spotkania się z pociągiem lub innym samochodem jest bliska zeru.



W końcu docieramy nad Pacyfik! I wreszcie widać większą cywilizację, w której spędzimy kolejne dwie noce. Do Dunedin, szóstego największego miasta kraju, wjeżdżamy od zachodu, odbijając po drodze na zjawiskowe klify, pod którymi znajduje się bodaj najsłynniejsza Nowozelandzka plaża- Tunnel Beach. Samo Dunedin znane jest ze swoich krótkich, stromych ulic, wśród których znajduje się ta, która uważana jest za najstromszą na świecie- Baldwin Street. Jedyne 38% nachylenia :)



Poranek w Dunedin wita nas deszczem, na który byliśmy przygotowani, ale to nie problem- dziś dzień stacjonarny. Kto ma ochotę, odpoczywa w mieście przed kolejnym etapem przejazdowym, a kto chce jedzie ze mną i Grześkiem na Półwysep Otago. Zjadamy znakomite śniadanie w lokalnej piekarni (swoją drogą, w Nowej Zelandii takie miejsce na świetnie śniadanie z bardzo dobrą kawą, znajdziemy w każdym, nawet najmniejszym miasteczku), deszcz ustaje a my już po kilkudziesięciu minutach jesteśmy ponownie w zjawiskowej zieleni, ale tym razem już tej, stykającej się z błękitnymi wodami Oceanu Spokojnego, w której to przejeżdżamy trasę po niesamowicie malowniczym półwyspie, zamykającym zatokę Otago od południa. To kolejna drastyczna zmiana widoków- wydaje się, że dopiero co byliśmy na stepach i preriach, a tu zieleń, gęsta nadmorska roślinność, oddychające mgłą wzgórza i świeże, wilgotne powietrze po deszczu, przenoszą nas w całkowicie odmienny świat. Dodatkowym akcentem są takie znaki drogowe:



Nie ukrywam, liczymy mocno na to, że zobaczymy je w naturalnym środowisku. I choć tym razem nie udaje się nam to z bliskiej odległości, to rzeczywiście, na końcu półwyspu wjeżdżamy na punkt widokowy, z którego w dole wypatrujemy kilkanaście uszatek, wypoczywających na nadmorskich skałach. Niestety na zobaczenie pingwinów jest nieco za wcześnie- te pojawiają się na brzegu dopiero przed samym nadejściem zmroku, ale dzień wcześniej takiego gałgana spotyka na obrzeżach miasta Grzesiek.

Ale nie tylko pingwiny są przykładem tutejszej wyjątkowej fauny- spotykamy tu mnóstwo endemicznych odmian kaczek, gęsi, łabędzi, a także występującą wyłącznie w tej części świata warzęchę królewską.



Samo Dunedin stanowi ogromny kontrast w stosunku do tego, co widzieliśmy do tej pory w Nowej Zelandii. Nieco ponad stutysięczne miasto, wydaje się być ogromną metropolią, gdy porównamy je z kompletnymi odludziami Otago i Canterbury, które przemierzaliśmy wcześniej. Ale jest to miejsce bardzo przyjemne- dużo dzieje się tu w sferze kultury, oferta gastronomiczna jest również bardzo bogata, a pagórkowaty układ miasta, jego post-kolonialna zabudowa, z okazałym dworcem kolejowym i protestancką katedrą na czele, jest nadzwyczaj malowniczy. A skoro już o gastronomii wspomniałem, to warto powiedzieć też parę słów o najpopularniejszym napoju wśród kolarzy.

Kawa smakuje tu znakomicie, wszak Nowozelandczycy do spółki z Australijczykami przypisują sobie wynalezienie klasycznej „flat white”. I tak jak rzadko sięgam po kawę z mlekiem, bo jestem zdecydowanie zwolennikiem i miłośnikiem włoskiego cafe doppio, to tutaj kawa z mlekiem jest po prostu pyszna. Ale nie mogłoby być inaczej; krów jest przecież w tym kraju pięciokrotnie więcej niż ludzi a produkty mleczne dominują w lokalnych sklepach. Sama kawa zaś, nawet ta mleczna, jest zawsze robiona przynajmniej na podwójnym espresso- nie ma więc mowy o jakimś napoju mlecznym o lekkim kawowym zabarwieniu i co więcej jej cena jest (a jakże) niższa niż w Polsce ;)



Po dwóch nocach w Dunedin wracamy znowu wgłąb lądu, tym razem kanionem rzeki Clutha- największej na południowej wyspie. Dzisiejszy dzień dobitnie próbuje przypomnieć nam, że znajdujemy się na osamotnionej, górskiej wyspie na środku Pacyfiku- pierwsze 60 km ponad 150-kilometrowej trasy, upływa pod znakiem zmiany pogody średnio co 10 minut. I tak po równo, jakieś 3 razy: 10 minut grzejącego słońca, 10 minut deszczu, 10 minut lekkiego gradu. Chmury gonią jedna za drugą, wieje solidnie, ale na szczęście, choć wiatr można ogólnie określić jako boczny, to jednak wieje bardziej w tylne, niż w przednie koło. Droga wzdłuż pięknej, rwącej i dzikiej Cluthy w swojej środkowej części przeradza się w prawdziwy gravelowy plac zabaw, którego mało kto może się spodziewać. Dlaczego? Profil sugeruje ok 30 km drogi wznoszącej się minimalnie wraz z poruszaniem się w górę rzeki. Tymczasem cały szlak to jeden, niekończący się szutrowy singiel o perfekcyjnej nawierzchni, z niezliczoną liczbą zakrętów wokół potężnych, starych drzew, mostków i kładek, króciutkich zjazdów do rzecznych meandrów i dynamicznych podjazdów z powrotem na górną część nadbrzeża. Interwał pełną gębą!



Kończymy dziś maleńkim, ale jakże znanym w Nowej Zelandii i jakże ważnym dla niej, miasteczku- Roxburgh. To tu znajduje się firma produkująca najsłynniejsze i najsmaczniejsze nowozelandzkie ciastka typu "pie", eksportowane na teren całego kraju. Są po prostu wyborne; oczywiście najlepiej gdy zjemy je na ciepło. Ciastka te przygotowuje się zazwyczaj na słono, a farsz stanowią różne odmiany mielonego mięsa z domieszkami: sera, warzyw, jajek, ziemniaków... Wszystko w doskonałym kruchym cieście, które rozpływa się w ustach. Są oczywiście także opcje wegetariańskie. I żeby rozwiać wszelkie watpliwości- nie odkrywamy ich dopiero teraz, jemy je niemal codziennie, bo można kupić je niemal w każdym nowozelandzkim "general store" (czyli raz na 40-50 km lub rzadziej 🫡), a do tego świetnie zaspokajają apetyt; ale tu trafiamy do ich prawdziwej macierzy.



A tu obrazek, który widzimy w wiejskich terenach Nowej Zelandii wyjątkowo często.

Nowa Zelandia to kraj w ogromnej mierze rolniczy, więc ludzie niespecjalnie dzielą życie na "przed i po" pracy. Prosto z pola idzie się do sklepu czy knajpy, ale panuje jedna, niezmienna zasada: jeśli masz brudne buty, ściągasz je przed wejściem i wchodzisz do środka boso. Dlatego przed prawie każdym punktem usługowym zobaczymy zazwyczaj parę ubłoconych kaloszy.



Północna część Cluthy to znowu powrót w tereny skaliste, gdzie kolejną serią obłędnych singli docieramy do Jeziora Dunstan. Prawie cała trasa to poprowadzone na półkach skalnych szutry, często zawieszone w powietrzu po kilkadziesiąt to ponad stu metrów nad wodami Cluthy. Asfaltowa droga poprowadzona jest drugą stroną kanionu, a my mamy cały zachodni brzeg rzeki wyłącznie dla siebie. Istny obłęd!



To wszystko to jednak cisza przed burzą, czyli przed tym, co czeka nas już kolejnego dnia. Po noclegu w Cromwell pierwsze kilka kilometrów pokonujemy jeszcze wzdłuż rozległych winnic, które wyglądają jakby ktoś wkleił je tu w Photoshopie w surowy, skalny krajobraz. Ta spokojna przygrywka to bezpośrednie wprowadzenie do początku podjazdu na najwyższą drogę w Nowej Zelandii, przełęcz Duffers Saddle! Wysokość to niecałe 1400 m n.p.m, co może nie jest jakąś ogromną wartością w porównaniu do najwyższych punktów dróg w Europie, nie mówiąc o tych w Kolorado, ale tu startujemy z poziomu 200 m. Do tego dorzućmy jeszcze dość luźny szuter i środkową sekcję trzech kilometrów, na których nachylenie nie schodzi poniżej 12% a momentami dobija do 20... Brzmi jak świetna zabawa! I taką w istocie się okazuje. Duffers Saddle to miejsce prawie całkowicie dzikie. Wjazd dla samochodów co prawda jest tu możliwy, ale robią to tylko terenówki 4x4, które można policzyć w trakcie całej prawie 20- kilometrowej wspinaczki na palcach jednej ręki.

A widok z góry... widok z góry, Moi Drodzy, wart jest każdego wysiłku.

Rozległa, otwarta przestrzeń, widok na kilkadziesiąt kilometrów w każdym kierunku, potężne, ośnieżone Alpy Południowe wyznaczające północny horyzont, wybrzeże Pacyfiku na horyzoncie południowym, a wszystko okraszone przepięknymi łupkowymi ostańcami w najbliższym sąsiedztwie samej drogi. Narody anglojęzyczne mają na to swoje określenie: "epic". I to jest "epic" po stokroć!



I gdy wydaje się nam, że lepiej być już nie może, to pojawia się zjazd na zachód, do doliny rzeki Nevis. Jeśli przed chwilą było po stokroć "epic" to tu dodajmy to tego jeszcze podniesienie do kwadratu. Szeroki, idealny szuter, poprowadzony samą granią zachodniego żebra Duffers Saddle, po którym pędząc mamy wrażenie, że ściana Alp Południowych zaraz nakryje nas swoim ogromem. Absolutne kolarskie katharsis, ciary na plecach i chwila, która mogłaby trwać wieczność.



Ale każdy zjazd kiedyś się kończy- ten również. No dobra, jesteśmy przy rzece Nevis, to co, teraz już łatwo, bo na profilu 35 km "płasko do góry", potem śmieszna hopka i 15 km zjazdu do Garston- samo pójdzie, dwie godzinki i jesteśmy na dole, prawda? PRAWDA?

.

.

.

.

NIE :)

Bo rzeka Nevis, to niewdzięczna bestia. Droga przez jej dolinę może i jest wytyczona na wprost, ale Nevis meandruje sobie wesoło i szeroko od lewej do prawej strony. No i co z tego, że na tych 35 kilometrach pokonujemy tylko nieco ponad 500 m w pionie, skoro po drodze, mamy do przejechania... 27 brodów. I to nie takich, że przez 2-3 metry ledwo zamoczymy oponę, a takich, że niekiedy wpadamy do wody po osie i to niekiedy na odcinkach kilkunasto/kilkudziesięciometrowych. Do tego dodajmy jeszcze absolutne odludzie, brak zasięgu telefonu i podłoże, które jednoznacznie wskazuje na pochodzenie rzeczne. Owszem są odcinki długiego, fajnego szutru, ale są miejsca, zwłaszcza przy samych przeprawach przez wodę, gdzie trzeba pokonać kilkusetmetrowe fragmenty po otoczakach, wyrwach i innych efektach działalności nieregularnie płynącej tędy rzeki. Przeprawa przez ten odcinek wydłuża się do ponad 4 godzin. Pod koniec, gdy droga wreszcie zaczyna się wznosić wyżej nad dolinę, spotykamy na trasię dwójkę gravelowców z sakwami, jadącą w przeciwnym kierunku... oni jeszcze nie wiedzą co ich czeka :)

Ale jest pięknie! Jest naprawdę PRZEpięknie! Kiedy wreszcie osiągamy drugi tego dnia, o wiele niższy niż Duffers Saddle wierzchołek, dostajemy cudowną wręcz nagrodę w postaci kolejnego "epic" zjazdu, już do względnej cywilizacji. W której to oczywiście nie znajdujemy żadnego otwartego przybytku z jedzeniem, więc moja wcześniejsza decyzja o posłaniu tam busem Grześka, z zakupionym prowiantem, jest zbawienna dla wszystkich.

Późniejszy dojazd do Lumsden, wschodnią nitką szlaku Around the Mountains, który będzie nam towarzyszył przez kolejne dwa dni, przez zielone, przypominające Montanę pastwiska z milionami owiec, to już formalność i sielanka. Cóż to był za dzień!



Jak dobrze, że kolejny etap do Te Anau to tylko 100 km i kilkaset metrów w pionie- odpoczniemy przed kolejnym dniem, w którym musimy zdążyć na statek przez jezioro Wakatipu...

Cóż :) Nowa Zelandia potrafi skutecznie weryfikować założenia taktyczne. Jedziemy na zachód. Cały dzień w jednym kierunku. Nad ranem zrywa się gigantyczny wicher, który wiać będzie przez cały dzień... z zachodu! 😍

To dzień, w którym zrobię najmniej zdjęć na całym wyjeździe, bo większą część będę myślał jak przepchać korbą ścianę, którą ktoś postawił mi przed samym przednim kołem. Ale na samym wjeździe do naszej dzisiejszej bazy udaje nam się trafić jeszcze na niewielki rezerwat endemicznych nowozelandzkich ptaków-nielotów: Takahe. Fajne zwierzątka! O ile zobaczenie kiwi w naturalnym środowisku jest bardzo trudne, bo ptaki te prowadzą głównie nocny tryb życia i chowają się w zaroślach, o tyle Takahe lubią grzać swoje niebieskie piórka w pełnym, nowozelandzkim słońcu.

A skoro już o słońcu wspomniałem, to trzeba tu z nim bardzo uważać, nawet jeśli jest schowane za chmurami. Nowa Zelandia znajduje się na skraju dziury ozonowej, które centrum znajduje się nad Antarktydą, a to powoduje o wiele większe oddziaływanie promieni UV. I czujemy to już od pierwszego dnia- promienie słoneczne opalają tu o wiele mocniej i szybciej niż gdziekolwiek indziej. Krem z filtrem to obowiązek!


Te Anau- wrota do Fiordlandu i bodaj najbardziej turystyczne miejsce na całej naszej trasie. Gdy w końcu docieramy tu po całodniowej batalii z wiatrem, wybieram się jeszcze na małą dokrętkę wzdłuż tutejszych jezior i do rzeki Waiau, która "zagrałą" filmową Anduinę we Władcy Pierścieni. Wieczorem czas wziąć głębszy oddech przed jutrem. Oby wiatr nieco zelżał.



Poranek dnia trzynastego, Te Anau. Czy trzynastka na przekór okaże się szczęśliwa? Na śniadanie schodzimy dość wcześnie, bo dzisiaj mocno trzyma nas rozkład godzinowy i nie możemy sobie pozwolić na spóźnienie się na statek, którym przedostaniemy się na drugą stronę jeziora Wakatipu. Wiatr jakby zelżał, bo jest o wiele ciszej niż wczoraj wieczorem. ale w którą stronę wieje? Prognoza pogody twierdzi, ża dalej z zachodu, więc teoretycznie korzystnie, bo dziś cofamy się na wschód i odbijamy później doliną lekko na północ. Ruszamy. W nocy padało, ale od rana pięknie świeci słońce, więc widoczność jest niesamowicie ostra, a z okolicznych gór pięknie podnosi się para wodna. Pierwsze 30 km, to wyjazd główną drogą z Te Anau, ale zaraz po tym fragmencie odbijemy do doliny Von, gdzie odetniemy się całkowicie od jakiejkolwiek cywilizacji. Wieje w plecy. Odczuwalnie i konsekwentnie- to powinien być szybki przejazd, ale nie zapeszajmy. Skręcamy na szuter i to co zaraz przeżyjemy, to chyba ucieleśnienie marzeń każdego gravelowca! 85 km szutru jak z bajki, w absolutnie dziewiczym krajobrazie ogromnej, szerokiej doliny, pomiędzy potężnymi szczytami najwyższego pasma Antypodów i całkowita, niczym niezmącona (chyba, że dźwiękiem przelatującego klucza kaczek) cisza.

Żeby Wam to bardziej obrazowo uzmysłowić: wyobraźcie sobie że wyjeżdżacie z Krakowa na południe, mijacie A4 i kierujecie się do Zakopanego. I przez cały odcinek, tak mniej więcej do Białego Dunajca nie spotykacie ani jednego samochodu, nie widzicie ani jednego domu, a jedyni ludzie, jakich spotykacie to grupka 5-6 piechurów z plecakami, idących w przeciwnym kierunku, gdzieś w 1/4 dystansu. Tego uczucia nie da się opisać, to trzeba po prostu przeżyć. Droga z każdym kilometrem staje się coraz bardziej spektakularna i nie jest to w żadnym przypadku określenie na wyrost. Ta przestrzeń, te widoki po prostu oszałamiają. Po drodze mijamy kilka miejsc, gdzie kręcone były kultowe już sceny z Władcy Pierścieni: bitwa Rohirrimów z Uruk-Haiami i późniejszy kurhan tych drugich czy Amon Hen- miejsce finałowej sceny nad wodą w pierwszej części trylogii.



Im dalej wgłąb doliny tym coraz bardziej widoczne stają się białe czubki gór Mt. Earnslaw i Centaur Peaks, aż w końcu w dole odsłania się tafla Jeziora Wakatipu. Trudno tu jechać. Nie ze względu na nawierzchnię, bo szuter jest tu wprost perfekcyjny, ale dlatego, że ciężko oderwać wzrok od tej panoramy. A na drogę jednak czasem trzeba popatrzeć, żeby nie polecieć w 200-metrową przepaść do rzeki Von, zasilającej jezioro od południowej strony. Wreszcie docieramy do samego brzegu jeziora. Przed czasem. I to sporo- wiało cały dzień w plecy. I do cywilizacji. Niewielkiej, bo to tylko zabytkowa, choć wciąż funkcjonująca farma Walter Peak- atrakcja, do której można dopłynąć statkiem z Queenstown. Którym to za chwilę odpłyniemy stąd na drugi brzeg Wakatipu.



Prawdziwy finał wyprawy, ten w którym spędzamy ostatnie kilka nocy w Queenstown, to już czerpanie czystej przyjemności z tego, co do zaoferowania ma ten cały, najbardziej sportowo-turystyczny mikroregion Nowej Zelandii. Zabytkowa XIX-wieczna droga przez góry Skippers Road, do ukrytej w nich kopalni złota, ślady osadnictwa z przełomu XIX i XX wieku, urokliwe Arrowtown ze swoimi klimatycznymi knajpkami, przepięknie wytyczone, przewidziane wyłącznie dla rowerów, szutrowe szlaki, wiodące nas do kolejnych kanionów górskich rzek- również tych, w których kręcone były ikoniczne sceny z Władcy Pierścieni (choćby Argonath, czyli potężne rzeźby władców Gondoru górujące nad głębokim kanionem książkowo-filmowej Anduiny).

Z drugiej strony winnice, malownicze rolnicze pagórki przypominające Toskanię, ale w wersji XXL- to wszystko stanowi doskonałe zwieńczenie tej fascynującej kolarskiej przygody.



A jeśli dodać do tego jeszcze zorzę południową (Aurora Australis), którą dane nam było zobaczyć na własne oczy przedostatniego wieczoru, na upstrzonym gwiazdami południowym nieboskłonie, to mamy do czynienia z przeżyciem kompletnym.



W Nowej Zelandii znajdziemy całe spektrum dróg: od rowerowych „szutrostrad”, którymi poprowadzone są oficjalne rowerowe szlaki, przez szerokie, również szutrowe drogi publiczne w górach, prowadzące do ukrytych skarbów natury i kultury; przez fantastyczne leśne single wytyczone brzegami rzek i jezior, trudne technicznie wodno-kamieniste przeprawy na górskich płaskowyżach, na malowniczych asfaltach kończąc. Choć tych ostatnich jest tu tak naprawdę stosunkowo niewiele. Większość asfaltów w kraju to główne drogi krajowe, łączące poszczególne, oddalone od siebie o dziesiątki kilometrów miejscowości, więc ruch na nich jest duży i tych unikamy- z całego wyjazdu, na którym pokonaliśmy (w zależności od uczestnika) od 1700 do prawie 2000 km, główne drogi stanowiły sumarycznie jakieś kilkadziesiąt km. I to właśnie dlatego to przede wszystkim szutry stanowią o atrakcyjności i kolarskim pięknie Nowej Zelandii, definiując ją jako gravelowe Eldorado.



Wszystkie te widoki, wszystkie te doznania spaja jednak jedno słowo- PRZESTRZEŃ. Mało jest miejsc na ziemi, w których odczuwa się ją równie mocno co w Nowej Zelandii. I mało jest miejsc, gdzie daje ona tyle czasu, swobody i tyle spokoju, potrzebnego do zatracenia się w niej i wejścia z swoisty trans w pokonywaniu kolejnych kilometrów na trasach, których granicą wydaje się być tylko horyzont. Drugiego człowieka spotyka się tu niekiedy raz na kilka godzin. Za to owiec i krów są całe miliony. Obcowanie z tym krajobrazem, poczucie tej nieskrępowanej wolności, to prawdziwe kolarskie, gravelowe katharsis. Po powrocie stąd, pojęcie przestrzeni mamy zdefiniowane całkowicie na nowo. 



Przemierzając tę wyjątkową krainę, jaką niewątpliwie jest Nowa Zelandia, nietrudno domyślić się, dlaczego to właśnie ją Peter Jackson wybrał na naturalny plener do nakręcenia swojej kultowej trylogii „Władca Pierścieni”. Tu naprawdę czujemy się w jak w innym świecie.

Jestem szczęśliwy, że udało się zrealizować ten kierunek. Wielkie podziękowania dla wszystkich uczestników wyjazdu, za wspólne przeżywanie i chłonięcie nowozelandzkiej przestrzeni i gratulacje przejechania całości- to nie był łatwy wyjazd :)


Wsiadając na koniec do samolotu w Queenstown i obserwując z góry po wzbiciu się w powietrze część tras, które przejechaliśmy… już tęskniłem za tą krainą.



Teraz pozostało odliczanie dni do kolejnej edycji, która odbędzie się za rok, oczywiście również w formie gravelowej- bo tylko takie objeżdżanie Nowej Zelandii ma sens. 

Zapisy na listę oczekujących już trwają, ogłoszenie terminu i cennika edycji 2027 już pod koniec lata!


Do zobaczenia!

Maciek Proficz

 
 
 

Komentarze


bottom of page